Dziś wspomnienie z pleneru jaki udało mi się zaliczyć jeszcze w 2022 r do Harbutowic w Małopolsce w czerwcu 4 lata temu. Pamiętam ten czas kiedy będąc jeszcze dużo czasu przed świtem mogłem delektować się aurą pięknej pogody i nastrojowego nieba. Czas przejścia z nocy do dnia jest dla mnie zawsze fascynujący. Wszystko staje takie niesamowite, może wynika to stąd, że wokół nie ma nikogo i cały kosmos odsłania swój potencjał zmiany barw kolorów na niebie i wokół, a planety , księżyc i gwiazdy uciekają w głąb wszechświata i odsłania się światło słonecznego dnia. Warto w takiej chwili , choćby od czasu do czasu być w terenie i samemu obserwować takie zjawiska. Oczywiście trzeba znaleźć ciekawe miejsce, by móc to wszystko oglądać i zgrać ze środowiskiem. Obecnie u mnie pogoda jest wyjątkowo kapryśna, po ciepłych , a nawet gorących dniach przyszło ochłodzenie, ale mam nadzieję, że na krótko.




Bardzo plastycznie opisałeś ten moment przejścia nocy w dzień. Rzeczywiście ma w sobie coś z kosmicznego spektaklu, kiedy planety i gwiazdy powoli ustępują miejsca porannym barwom. Twoje zdjęcia doskonale to oddają. Samotne drzewo z górskim pasmem w tle o poranku to absolutna klasyka krajobrazu, która w takim świetle wygląda po prostu mistycznie. Warto było wstać tak wcześnie te cztery lata temu, żeby dziś cieszyć oczy takimi kadrami. Dzięki za to wspomnienie.
OdpowiedzUsuńOd siebie dodam własne. Rok temu w czerwcu pojechałem na koncert Jeana Michela Jarre'a w Dolinie Charlotty pod Słupskiem. Koncert skończył się kolo północy, a mój pociąg dojeżdżał ze Słupska dopiero o godzinie 6 rano. Od miejsca koncertu do Słupska jest jakieś 10 km, wiec spokojnie szedlem sobie całą noc leśnymi i polnymi drogami oświetlając drogę latarką i księżycem, aż wreszcie zaczęło się robić jasno. Wtedy usiadlem przy polnej drodze na kamieniu i obserwowalne powoli wstający dzień i podobny barwny spektakl, jak na Twoich zdjęciach.
Byłem zmęczony po trasie, wrażeniach z koncertu i nieprzespanej nocy, ale czułem wtedy, że to początek lata i należy się tą chwilą ekscytować i zapamiętać ją na długo.
No piękne masz wspomnienia z koncertu i ta droga pośród przyrody i lasu nocą. Głowa pełna była muzyki i mogłeś spokojnie delektować się wrażeniami i oglądać spektakl na niebie. Super! Ja kiedyś też całą noc byłem w plenerze. Najpierw fotografowałem gwiazdy i księżyc, potem chwila przerwy na posiłek i nad ranem zachód księżyca i świt słońca. Takie chwile pamięta się latami. Dzięki, że podzieliłeś się swoimi przeżyciami.
UsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
UsuńRozgwieżdżone niebo z dala od świateł miasta, widać tylko kontury drzew. Nie ma wiatru, cisza. Gdzieś w oddali słychać tylko cichy szum przejeżdżającego pociągu i szczekanie psa. Każda kępa krzewów wydaje się złowieszcza.
UsuńJa pamiętam tylko wtedy w nocy cząsteczki mgły podświetlone przez latarkę jako świecące kuleczki wszechogarniające mnie dookoła.
UsuńTo brzmi wręcz jak surrealistyczne doświadczenie. Magia mgły.
OdpowiedzUsuńPodzielę się jeszcze jedną moją obserwacją mgły. Parę lat temu pracowałem w Niemczech przy nawadnianiu pól uprawnych. Jeździliśmy reaktorem we dwójkę z kolegą od pola do pola przestawiać i programować deszczownie szpulowe. Praca w sam raz dla miłośnika natury. Pól było dużo i były ogromne, więc praca była na dwie zmiany, ja akurat zawsze pracowałem w nocy. To mi dawało okazję do oglądania wspaniałych wschodów słońca.
Ale jeden z nich zapamiętam do końca życia. Była wtedy potężna mgła. Ledwo koniec własnej ręki widziałem. Noc ciemna, całkowicie bezwietrzna. Staliśmy gdzieś na rozległym polu rzodkiewki ustawiając deszczownię. Kolega musiał pojechać na chwilę do bazy kilka kilometrów dalej, ja zostałem przy maszynie. Gdy juz się całkiem oddalił, poczułem się dziwnie.
Dookoła nie ma nic, tylko ciemny kontur deszczowni. Całkowita cisza, żadnego światła w oddali, bez księżyca, bez gwiazd, żadnych drzew, pagórków. Zupełne pustkowie oblane bezkresnym ciemnym mlekiem. Jak na oceanie. Ledwo można było dostrzec różnicę miedzy kolorem ziemi i nieba.
Przyznam, że poczulem się wtedy nieswojo. Jakbym trafił do czyśćca, albo był bohaterem jakiejś powieści Stanisława Lema i właśnie wylądował na obcej planecie, a ta czarna maszyna obok mnie to moja rakieta. To było surrealistyczne doświadczenie, trochę jak deprywacja sensoryczna, bo człowiek nie jest przyzwyczajony do tego, że nie docierają do niego żadne bodźce.
Po pewnym czasie zza horyzontu zaczęło się wyłaniać słońce jako biała kula ledwo dająca radę przebić się przez mgłę. Nigdy takiego nie widziałem.
Zrobiłem kilka zdjęć tamtej nocy i podczas świtania, ale aparat nie ujął dokładnie tego, co widziałem, bo po prostu było za ciemno. Do komentarza zdjęć wrzucić nie mogę, ale może za jakiś czas reaktywuję mój dawny blog o poezji, zdjęciach i kontemplowaniu przyrody i tam wrzucę.
Wiem, że mój opis nie pasuje do typowego zachwytu nas pięknem przyrody, ale to zdarzenie też stanowiło część przyrody, nawet jeśli było nieco przytłaczające i niecodzienne.